ROWEROWE HARATANIE KRETY

17.06.2016 – kupuję bilet przelotowy na Kretę
18.06.2016 – zbombardowany przeciwnościami do tego stopnia by się poddać , by się wycofać, by odpuścić , by się nie wychylać poza granice normalności i zdrowego rozsądku. Lecz na przekór przeciwnościom wkładam białą koszulę, podnoszę kotwicę i stawiam żagle ruszając w drogę dokądkolwiek miałaby mnie prowadzić i cokolwiek miałoby się stać … lepsze to niż trwać na mieliźnie. W myślach wspominam jeden wpis na FB –„when your life is falling down – go biking”
23:30 – Warszawa Tarchomin , oczekiwanie na nocny autobus N63, spóźnia się, obok mnie wielki plecak i rower spakowany w pudle po telewizorze, oby nie przyjechał, bo kto chce ruszyć w podróż bez gwarancji na przeżycie, bez pewności na to czy znajdzie miejsce na przekoczowanie nocy, bez pewności czy rower kilkukrotnie spawany wytrzyma ? Bez pewności czy znajdzie wodę do picia bo z pewnością będzie jej wiele potrzebował ? Bezpieczniej byłoby wrócić do domu… ale domem mym jest droga, autobus opóźniony lecz nadjeżdża.
19.06.2016
0:30 – Warszawa Lotnisko Chopina, wszystko idzie zgodnie z planem, oddaje rower i plecak na rentgen bagażowy, mam 8 zupek chińskich, palnik żelowy dla żołnierzy, 8 chałw 50g, 6 kabanosów i paczkę plasterków salami 80g i to ma mi wystarczyć na 8 dni i 8 nocy… oddaję wszystkie złotówki za przewóz roweru 240zł w jedną stronę.
8:20 Kreta, Heraklion, rower złożony, pudło i plecak schowane więc w drogę.
13:20 – dwie godziny odsypiam w cieniu na ławce. Przeprawa przez góry czyli bardziej zdzieranie butów niż opon przy pchaniu roweru pod górę. Jest niesamowicie gorąco, woda szybko się wyczerpuje, trafiłem w sam środek słonecznego żaru przed którym chroni mnie biała koszula i czerwona apaszka znaleziona na ulicy we Włoszech 15 lat temu podczas pierwszej wyprawy do Rzymu. Podążam w stronę krainy wiatraków gdzie wcześniej miałem upatrzony nocleg na dachu mikro budowli wyszukany w google eartch.
18:30 – obok drogi stoją dwie wanny z wodą jako wodopoje dla bydła, po cichu wchodzę do wanny biorąc kąpiel bo już czas na przygotowanie do snu.
20:00 – zobaczyłem inne miejsce w którym zdecydowałem przenocować, na tyłach kapliczki lecz coś mnie pokierowało by rozłożyć śpiwór w pomieszczeniu obok.
22:15 – dwie panie wybiły mnie ze snu, przyjechały podlewać kwiaty i to w miejscu gdzie wcześniej miałem zamiar rozłożyć śpiwór, widzę ich lecz oni mnie nie bo leżę w cieniu księżyca pomimo tego że są w odległości 3m.
23:30 – przyjechała para zakochanych Włochów – gadali bez końca, masakra , również nie wiedzieli, że leżę w odległości 5m od nich
Dst 82km
20.06.2016
8:20 – czas powstania ze snu, słońce pali, dobry punkt widokowy, zaraz ruszam w krainę wiatraków.
9:40 – farma wiatraków, na końcu mała kapliczka a za nią ruina na której dachu planowałem nocować, miejsce byłoby super (płaski dach 3x3m), kończy mi się zapas wody, szukam zjazdu w kierunku Spinalungi. Zawracam z wybranej drogi która prowadziła do latarni morskiej lecz niestety z koniecznością powrotu. Fajne szutrowe grogi na samym zboczu góry.
12:12 – Plaża Spinalunga – jak do tej pory to jest to dzień odpocznienia, kąpiel, prysznic plażowy, kupuję dużą Colę, jem 8 plasterków salami na śniadanie , robię zapas wody i ruszam w drogę…
13:44 – półwysep czyli tam gdzie kończy się ląd, niestety 2 km przed celem droga przestała być przejezdna dla roweru z sakwami. Przy plażach są natryski, w morzu można się schłodzić, kupić zimną colę ale to i tak jest niewiele by pokonać żar który leje się z nieba.
17:20 – mały postój, korzystam z odrobiny cienia, dobre miejsce na nocleg ale jest za wcześnie, na zegarach tylko 40km. Jest bardzo wiele długich i ostrych podjazdów i to one odzierają mnie z sił oddalając jednocześnie od plaży i morza. Ps. Pysk mocno piecze od słońca, wszystko inne Ok., bo biała koszula mnie chroni.
18:02 – super kąpiel pod szlufem obok przydrożnej kapliczce, cień i odpoczniecie, uzupełnienie zapasów wody.
20:15 – zmrok, po prostu super, znalazłem rewelacyjny nocleg ( Czarnobyl ) , wieloletni ogromny hotel w stanie surowym, porzucony. Wybieram miejsce na dachu 6 piętra wnosząc rower z sakwami, było ciężko ale warto. Nagle zsunąłem się w przepaść jedną nogą i rower poszedł w dół tylnym kołem „ Nie mogę spaść w przepaść !!!” – przelała się krew, ale się wydostałem bo dookoła był wykopany głęboki rów.
Dst 61km
21.06.2016
7:28 – koguty pieją, kozy beczą więc czas spakować bazę i ruszyć w kierunku Lerapetra.
„Nie brak mi niczego, pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach”

Balsamacja ryja kremem UV-20.
12 godzin spędzone na dachu, bo to bardzo fajny dach z niesamowitym widokiem na morze i góry. Korekta trasy, tak by tu wróci…
8:20 – aż nie chce się opuszczać tego miejsca…Pozostać w miejscach które są mi życzliwe…
10:01 – kapliczka Holly Spiryt a w tle niesamowity kanion, niestety niedostępny z rowerem, wielka szczelina skalna.
12:52 – Rocca, zupka rowerzysty, droga niestety odbija od wybrzeża. Fajna droga przymorzu z jednej strony otoczona wysokimi górami, zaraz będzie odbicie w głąb lądu ale bez uzupełnienia wody nie ma mowy by wyruszyć w góry, jedyny sklep otwarty, kupuję 1,5 litra wody i 1,5 litra coli. 2 godziny pchania roweru w górę, świat zachodzącego słońca, dzika droga z dala od cywilizacji, nikogo, mam zapas wody ale wiem, że czeka mnie walka. Widoki dziczy – nie brak mi niczego.
WILD ROAD
Korekta trasy – zostaję w górach, silny wiatr.
20:20 Nocleg na wzgórzu przed wejściem do kapliczki, obok ruiny starych kościołów, w oddali kraina wiatraków energetycznych.
Dst 84km
22.06.2016
8:00 – dopiero teraz przy zwiedzaniu okolicy zauważyłem, że miałem w zasięgu kąpielisko i kran z wodą.
9:40 – krytyczna pomyłka trasy za którą zapłacę pchaniem roweru pod górę ale i pewnie w nagrodę będę miał fajne widoki.
12:12 – chowam się w cieniu drzew biorąc kąpiel butelkową w zimnym strumyku a potem ostro w górę.
14:00 – mam nadzieję że to już przełęcz, zupka chińska.
15:15 – wzgórze paneli solarnych, zjazd z pięknymi widokami i zakrętami 180st. Byłem pewny że droga otacza tą górę a okazało się że wiedzie przez sam jej szczyt. Klimaty jak na obcej planecie. Zjazd w dół.
Rowerowe Eldorado

Miasteczko – kupuję Colę 1.5L i wafelki, kąpiel pod natryskiem plażowym. Podchodzi pan, spojrzał na mnie i rower, uśmiechną się i życzył udanej podróży, pewnie francuz bo mam francuskiego GIANTA… Cudne miejsce i ta górska skała wchodząca prosto do morza. Ruszam w kierunku tam gdzie kończy się ląd.
19:20 – kolejne wzniesienie, jechać czy odpuścić ale wiem że raczej tu nie wrócę więc jadę. Pojawiają się znaki terenów militarnych z zakazem robienia zdjęć. Podoba mi się ta droga jest tylko moja i tylko ja na niej jestem. Na ulicy wielki napis STOP w oddali budka wartownicza w której nikogo nie widzę więc jadę dalej … Nagle żołnierz w budce bierze karabin AK47 i wychodzi mi na spotkanie, od razu zawracam i żegnam go gestem podniesionej ręki by nie strzelał, on też mi pomachał jakby życzył mi udanej podróży. Wracając zauważyłem wodopoje dla zwierząt więc biorę kąpiel butelkową – wystarczyły 3 butelki by się wykąpać całościowo. Silny wiatr, wracam do kapliczki którą widziałem w oddali jako miejsce noclegowe. Droga w ciemności ma w sobie wyjątkowy klimat szczególnie gdy jest mało uczęszczana. Otwieram zamkniętą bramę idąc po kryjomu, następna zamknięta brama pokonana i jestem pod kapliczką, rozkładam bazę noclegową, silny wiatr, na szczęście śpiwór wytrzymuje graniczne warunki noclegowe pod gołym niebem. Niezliczona masa gwiazd, patrzę na nie i myślę o innych planetach że może są takie całe pokryte wodą gdzie nie ma lądu, gdzie mógłbym cały czas nurkować.
Dst 91km
23.06.2016
7:40 – nie che mi się wychodzić ze śpiwora, wiatr od razu by go porwał w kosmos. Przydrożny stragan z owocami, nie ma nikogo więc zostawiam 2 euro na stole i zabieram jednego arbuza.
13:15 – Sita, port, uzupełnienie wody, kąpiel i w góry otoczyć lotnisko.
15:10 – kurva mać !!! nie dość, że pod górę to jeszcze pod wiatr, oczywiście z buta.
16:00 – wreszcie przełęcz, która wynagradza trud wspinania widokami i szybkimi zjazdami.
16:25 – kościelna kąpiel butelkowa, czas ruszyć w kierunku „Czarnobyla”, bo tak nazwałem opustoszały hotel na którego dachu nocowałem.
18:17 – Mamos, ostatni skrawek lądu, jak dobrze że tu jestem, tu i teraz, 16km do mojego noclegu na dachu. Strzaskany jestem słońcem, piecze, ale to nic… widok na małą wysepkę z kapliczką na brzegu w 5 min byłbym tam kraulem. Nigdzie się nie śpieszę, nigdzie nie gonię.
DOBRZE JEST
Rano muszę zrobić analizę planowanej trasy i zastosować ostre cięcie. Sypie się skóra z pleców i z ryja.
CZY BYŁO WARTO? TAK, BYŁO WARTO !!!

Było warto podnieść bezpieczną kotwicę, wciągnąć żagle, opuścić codzienność, zaryzykować tak zaryzykować, podjąć decyzję i wyruszyć w nieznane, by utrzymać się w drodze…
18:55 – blask zachodzącego słońca, szum fal, obok ludzie którzy wybrali życie wygodne, łatwe i bezpieczne.
19:30 – pcham rower pod górę ale z pełną radością, niech ta droga i ten klimat zmroku tego miejsca trwa.
20:20 – Jest bosko, ciemno i wysoko a ja jadę trawersem ale i tak zajeżdżam na wszystkie punkty widokowe.
21:10 – Czarnobyl, kąpiel natryskowa na plaży, uzupełnienie wody do butelek, wchodzę na teren hotelu, gaszę światła by być niezauważonym, strasznie tu w nocy, boję się własnego cienia ale znam drogę korytarzami i schodami na dach, jest bosko i strasznie.
Dst 81km
24.06.2016
2,5 godziny od przebudzenia siedzę na dachu korzystając z moich wakacji wpatrzony w morsko górski krajobraz. Docelowy punkt Lerapetra, dziewczyna z samochodu zaczepnie ochlapała mnie wodą jak goliłem brodę przy kranie plażowym, aż szkoda odjeżdżać.
15:12 – Świat trawersów, z jednej strony morze a z drugiej góry. Szutry i ja.
16:20 – góry, betonowy przydrożny rezerwuar wody do nawadniania pól a w nim pływające złote rybki, wchodzę by obmyć z siebie wyciśnięte krople potu.
16:55 – Pako Homes, piękny, zapomniany świat, długi postój, zupka. Przeprawa przez góry, niesamowita cisza i samotność, świat opuszczonych dróg. Jest kapliczka, jest woda, sprawdzam czy jest jakieś dobre miejsce na nocleg, jest płaski dach ale troszkę za wcześnie bo noc będzie dopiero za 2 godziny.
20:20 – dziś nocuję w zamku bo król powinien nocować w zamku, test otwarcia bramy, da się ale ktoś nadjeżdża i uciekam w dół. Powrót, pomysł by otoczyć ogrodzenie i bramę. Jest super i na niesamowita cisza natury, mogę już rozkładać śpiwór bo jestem pod osłoną nocy.
Dst 61km
25.06.2016
6:45 – wyjazd z zamku wczesnym rankiem by nie wzbudzać niczyich podejrzeń.
11:22 – ostatnia miejscowość na południu wyspy.
ANOTHER WEEK OF MY LIFE DARKNES, LONLYNES, HOPE, JOY, SATISFACTION, DANGER, ADVENTURE
Podczas pchania roweru pod górę, pan z naprzeciwka na motorku z uśmiecham powiedział do mnie :
LONG WAY TO GOO
13:40 – przełęcz, piękno widoków, radość odpocznienia i wiatr ochłody.
18:26 – Droga kolejny już raz prowadzi mnie ze szczytu na szczyt a ja daję się jej prowadzić chociaż wiem że jest tysiące prostszych i łatwiejszych dróg…
20:20 – przydrożny domek, jest łóżko zrobione z kawałków drzwi, stół, trzy krzesła, kominek – czy można chcieć więcej ? Zupka już się gotuje, latarka służy jako światło pokojowe. Jest pięknie i to niesamowite poczucie bycia prowadzonym. Po drodze do tego miejsca miałem niesamowite widoki i to nic, że kosztowało mnie to 3 przełęcze przez góry i Hard Reset
Dst 67km
26.06.2016
9:47 – LAST DAY OF MY BIKE TRIP – TIME TO SAY GOOD BYE
14:02 – przedmieścia Heraklionu, robię wszystko by wydłużyć ten czas, by uczynić tą drogę nieskończoną zanim wjadę w obszar cywilizacji. Świadomość końca wyprawy rodzi we mnie wdzięczność. Stadion Heraklionu, pomagam w wypchaniu samochodu co zakopał się w piachu, jadę wybrzeżem do samego lotniska, sprawdzam czy są schowane kartony na rower i plecak, jest ok. więc dalej w drogę. Miało być odległe wzgórze wypatrzone z daleka ale odbiłem na lokalne winnice, kapliczkę i ruiny po bzie wojskowej. Plaża, czas zachodzącego sińca, ostania kąpiel, samolot mam o 4 nad ranem więc wracam pod kapliczkę zjeść ostatnią zupkę, zrobić ostatnie zdjęcie by później ruszyć prosto na lotnisko.
Dst 71km
Dystans całkowity – 598km
Koszty
Bilet – 349zł
Koszt przelotu roweru – 500zł
Zakupy przedwyjazdowe – 70zł ( zupki, chałwy, kabanosy, salami, multiwitaminy musujące itp. )
Koszty na Krecie, 7 butelek coli 1,5 litra, wafelki, 4 bułeczki wiśniowe , 2 arbuzy, 1 melon – 30Euro