Sycylia 2008

Wyprawa rowerowa w stylu
INTO THE WILD

7.06.2008 Sobota
godz. 17:00 Pierwszy postój po 27km od KATANI okolice PATERNO. Obiad – doskonały pasztet podlaski. Pierwsze zmęczenie i pierwszy pot przelany, ale pomimo tego cudownie jest być tam gdzie być powinienem.Droga poprzez środek lądu to masakra – okropnie górzyste podjazdy już mi dały wycisk. Chcę, czym prędzej dobić do północnego wybrzeża by jechać wzdłuż morza po płaskim. Mam zbyt wiele bagażu ok. 16kg i czuję jego ciężar.

Przez pomyłkę władowałem się w jakąś dwu paskówkę – okropna jazda wśród tylu samochodów, często trąbią – chyba droga nie dla rowerów, jakaś bezpłatna autostrada. Ale pomimo tego jest wiele pięknych widoków i ten cudowny zapach włoskiego powietrza. Po prawej stronie mam cały czas Etnę. Mam zamiar dziś dobić choćby do 90km. Będę uciekał z górzystego lądu – piękne widoki, ale bardzo męcząca jazda po górach. Zapas wody do picia szybko się wyczerpuje.

godz. 21:20 REGALBUTO – Lago Pozzillo
Gonitwa trzech psów pasterskich – uciekłem im … Baza noclegowa, nocleg na ławce – metalowo prętowa na skraju miasta. Nocleg przy kapliczce trzech krzyży. Na deser miałem dziś słodkiego ciepłego pomarańcza leżącego przy drodze. Z braku sił i ciemności dystans dzienny zakończony przed planowanym 66,8km V-max 52km/h. Piękne widoki, ale droga ciągle pod górę, wiele razy pchałem z buta rower przy dużych wzniesieniach. Zaczynają świecić gwiazdy w całej okazałości, w miasteczku słychać jakieś konkursy nagłośnione. Pora iść spać….
godz. 00:07 okropnie zimno, nie mogę spać, śpiwór + spodnie + bluza to za mało. Wstaję by skorygować trasę, bo pierwotny plan podróży mnie wykończy.

8.06.2008 Niedziela
godz. 4:48 – Wyjazd z miejsca noclegu – nadal zimno i trochę jeszcze ciemno.
Wraz ze wschodem słońca wschodzi również radość na twarzy.
godz. 9:15 Podążam nowym planem tras by skrócić męczący dystans górski, pchanie roweru pod górę. Jakie tu jest bezludzie, bo trudno znaleźć jakiś dom, w którym mógłbym dostać wrzątek na zupkę i herbatę.
20km do ENNY. Odpoczynek na moście, zaczynam być głodny, po kabanosach i wodzie chce mi się rzygać. Zostało tylko 0,5 litra wody – w ENNIE na pewno będzie jakiś kran. Zawaliłem sprawę – nie wziąłem MP3 a posłuchałbym włoskiego radia.
godz. 20:45 jestem już na wybrzeżu GELA. Ławka na nocleg znaleziona, kąpiel w morzu zaliczona chciałem się umyć mydłem, ale okazało się ku memu zdziwieniu, że mydło się nie rozpuszcza w słonej wodzie. Zaczyna się robić ciemno i wieje wiatr. W poczuciu zmęczenia podziwiam Alexa Mccandlessa z filmu „Wszystko za życie” Nocleg podobnie jak ostatnio przy kapliczce M.B. Wieje mocny wiatr – czuję, że w nocy znowu zmarznę… Dystans dzienny zakończony 120km V-max 55,7km/h. Było dużo pchania roweru, ale ostatnie 25km było cały czas z górki. Nie było nikogo, kogo mógłbym poprosić o wrzątek. Baza noclegowa przy porcie i dużej strefie fabrycznej.
godz. 21:15 wyruszam w trasę w poszukiwaniu nowego noclegu, jakiegoś zamkniętego pomieszczenia by nie zmarznąć. Znalazłem na wylocie z miasta jakiś porzucony dom – wydaje się OK. Nie mogę napompować dmuchanego materaca, więc porzucam go i ruszam dalej w drogę pośród ciemności. Miałem jechać wybrzeżem, ale znajduję skrzyżowanie i znak kierunkowy „Santuario Padre Pio” wiec zamiast jechać wzdłuż wybrzeża podążam za znakiem Padre Pio. Później znak kierunkowy na jezioro, – więc skręcam. Znajduję cudowne drewniane domki 3,5mx4,5m. Najlepszy nocleg – cudowny domek, podłoga z drewna w sam raz na przenocowanie i rozłożenie śpiwora.
Dystans dzienny 132km.

9.06.2008 Poniedziałek
godz. ok. 7:30 Od teraz przestaję się gdziekolwiek śpieszyć. Może nawet wrócić tu na kolejny nocleg….

JEST CUDOWNIE…..

Z dala od dużych miast, jego chaosu i gonitwy.
godz. 9:27 Lago il Biviere – znalazłem okulary słoneczne ale jakoś zmieniają odległość widzenia więc znajdzie je też ktoś inny… Podróż według pierwotnie ustalonego planu byłaby masakrą…dużo mniej zwiedzę, ale ważniejsze jest to, że jestem. Gdy przychodzi czas walki o przetrwanie, znalezienie jakiejś gleby do spania i wody do picia wtedy większość problemów i pytań traci swoją moc.
godz. 16:00 była już kąpiel w morzu, kolejny raz cmentarny kran pomógł mi przetrwać dając wodę. Na wielu nagrobkach młodzi ludzie i podpisy przyjaciół doświadczonych stratą tych, których kochali. Czasami miałem wrażenie jakbym jechał przez jakieś wielkie wysypisko śmieci – chyba tu nie sprzątają. Ogromne tereny szklarniane, jakieś wielkie plantacje pomidorów, papryki, cukini… Postój i obiad w obszarze archeologicznym, cudowne kabanosy i cudowna musztarda no i w cieniu. Zaczyna mi się to podobać.
godz. 22:22 – Nie znaleziony jeszcze nocleg, ale za to była przeprawa przez piękny rezerwat, kąpiel w słodkiej wodzie i przeprawa nocna wśród trzciny cukrowej i bambusów, wreszcie mogłem się umyć mydłem. Zaraz ruszam dalej szukać jakiejś ławki, pewnie w nocy znowu mnie zimno dopadnie. To nie to, co w cudownym domku nr. 3.

Ryj i czacha spalone słońcem. Kurde – chce mi się spać !!!

10.06.2008 Wtorek
godz. 8:07 Nocleg na paletach w jakimś nie dobudowanym biurowcu. Czuję, że spuchnięty mam pysk. Palety niewygodne, ale, że nocleg w budynku to nie zmarzłem. Właśnie najtrudniejsze w tej całej wyprawie jest znalezienie miejsca na przekoczowanie nocy. Udało mi się jakoś ogolić, mydło zamiast kremu i zimna woda do picia – bolało aż popłynęły mi łzy ale za to teraz jestem o wiele piękniejszy 🙂 maszynka jest zapchana bo nie było w czym jej wypłukać. Co ja mam w tych sakwach, że to takie ciężkie, na prostej i z górki jedzie się OK. ale pod jakąś górę to trzeba go pchać, a najgorzej gdy wczoraj musiałem wnieść rower na pierwsze piętro. Poprzedni dystans dzienny 83km a miało być 60km, czyli 23km było w poszukiwaniu noclegu, w rezerwacie były piękne punkty obserwacyjne, super miejsca na nocleg, ale niestety pozamykane.
godz. 9:05 – ryj został zabalsamowany mleczkiem UV-10 którego termin ważności miną 2005r. Zaraz ruszam w trasę – 1 litr wody do końca.
godz. 11:00 – zbiorniki wody uzupełnione z natrysku plażowego.
godz. 13:00 – postój na skalistym wybrzeżu – gruby świerszcz.
godz. 15:05 – właśnie dostałem w barze za gratis wrzątek do termosu – HURA !!! Zupka już się zaparza… Wkraczam na najniżej położony odcinek Sycylii.  36.40. Zupka chińska, podwójne lody, brzoskwinie – to po prostu wielki dzień obżarstwa.
godz. 23:55 Jestem w porcie – nie mam noclegu – MASAKRA !!!

11.06.2008 Środa
godz. 5:55  – dopiero ok. 0:30 znalazłem ławkę, 30 km pośród nocy w poszukiwaniu jakiejś miejscówy do spania, ciągłe gonitwy psów. Spotkanie 3 dzieciaków w Pachino. Dystans dzienny 83km, nocleg w Portopalo przy ołtarzu na brzegach osiedla. Muszę wcześniej mieć znalezione miejsce na kimanie ok. 18:00 Jazda po plaży…
godz. 7:51 – Teraz jest czas gdy wkładam rękawiczki, ubieram białą koszulę i nie poddaję się ani nie ulegam pokusie zniechęcenia i zmęczenia – ruszam w kierunku 36.40

Bo po to tu właśnie jestem !!!

godz. 9:02 – 36.40 e Non Ce Piu Warto jest znieść trud nocy dla piękna i przygody następnego dnia.
Isola delle Correnti – Mam wielką ochotę popłynąć tam na wyspę… tylko co z rowerem, przecież go nie zakopię w piachu… a może? Rozpoznanie wyspy dokonane: Droga dostępowa – nurkowanie powierzchniowe, sprzęt A+B (maska i fajka) duże fale, brak płetw utrudniał pokonywanie podwodnego dystansu. Na wyspie obiekt militarny – nieaktywny, na tyłach latarnia morska, wyspa zamieszkała przez gołębie, jaszczurki i zające. Widoczność podwodna utrudniona przez wielkie ilości strzępków roślin. Rower został nie skradziony!

godz. 15:30 – MARZAMEMI
Były big lody a teraz herbatka i gorąca zupka chińska. Pogadanka na plaży – małżeństwo i murzyn. Włoski parkingowiec posłał mi włoskie Arrivederci na pożegnanie. Mała dziewczynka podczas jazdy z samochodu pokazała mi Faka.
godz. 20:12 – Jestem na miejscu noclegu – skrzyżowanie ulic, duży ruch, teren otwarty ale jest materac śmietnikowy i wielkie jaszczurki więc nie wiem jak to będzie, na razie czekam aż zrobi się ciemno. Chciałbym się jakoś wyspać bo padam szczególnie po ostatniej nocy. Fajnie że noc nie trwa wiecznie to tak na pocieszenie. W pamięci mam fragment piosenki chyba „szklana pogoda” – „przetrwać noc i dociągnąć do rana….”

Biorę się za lekturę Benedykta.
godz. 21:41 – walnąłem głupa, wybrałem się w poszukiwaniu innego lokum i aby przeczekać aż się ściemni i się władowałem w jakieś duże miasto AVOLA. Ogromne ilości młodzieży widać że miejscowi i są zżyci. Zgubiłem się i szukam trasy powrotnej. Ostania chałwa poszła plus izotonik w tabletce z wodą.
godz 22:30 LIDO DI NOTO
Znowu na miejscu skrzyżowania gdzie miałem nocować. Materac śmietnikowy, zastawiam deskę, nóż asekuracyjnie pod ręką – wchodzę do śpiwora. Dystans dzienny 81km

12.06.2008 Czwartek
godz 6:28 – Fajne było spać na materacu – kości nie bolały, czasami ktoś zajeżdżał by się odlać albo ragazzi motorini ale pozostałem niezauważony. Nawet psy się zbliżyły, dostrzegli mnie ale uciekły. Zaraz ruszam na Sirakuzy przez to moje wczorajsze AVOLA. Biała koszula – masakra, brudna i śmierdzi…
godz. 7:23 – Śniadanie na placu w AVOLA z widokiem na morze – brzoskwinie. Jadąc widziałem kogoś kto jak ja spał na ławce, super że nie jestem sam. Wielu ludzi biega o tej porze…
godz. 9:24 OGNINA Rewelacyjne miejsce do nurkowania – CUDO, biorę maskę i fajkę i pod wodę…
Czysta woda. Super teren podwodny, skały piasek, widziałem dużą rozgwiazdę czerwoną. Zejścia na głębsze głębokości z koniecznością wyrównania ciśnienia w uszach. Ale miejsce do nurkowania jest wspaniałe…
A teraz Benedetto – „ In dialogo con i Giovani”
KUDŁATY – SUPERPODRUŻNIK
godz. 12:30  – Ale wstyd !!! ogromna dziura w kąpielówkach na tyłku a ja nie wiem od kiedy, pewnie jak nakładałem gatki to przydeptałem butem i poszło, ale wstyd – cały czas wśród ludzi z dziurą w gaciach – Ale wstyd – natychmiast uciekłem z miejsca zdarzenia. Ale że jestem na urlopie to musze być wolny od pracy i od wstydu.
godz. 14:30 – znalazłem Colę 0,5 na ulicy, wypiłem – była bardzo ciepła.
godz. 14:58 – Mocny wiatr, burza od strony lądu, słychać grzmoty.
godz. 15:19 – C. Murro di Porco. Grzmi, zaczęło padać, skryłem się w domku ruin co nie ma dachu ale ma ściany, przy takim wietrze nie będzie padać pionowo więc OK. Zaczyna padać coraz bardziej. Zupka chińska i herbata rumiankowa.
godz. 17:15 – EXTRA klify przed latarnią….
godz. 18:05 – Klify, brak mi słów by oddać klimat tego miejsca, chyba najpiękniejsze miejsce jakie dotąd widziałem na Sycylii. Coś pięknego i jakże bym miał wielką ochotę spędzić tu kilka godzin na nurkowaniu. Ps. Anie jednego człowieka…
godz. 21:55 – SYRAKUZY, jakieś osiedle, uliczka dojazdowa i ławka, oświetlone miejsce – może tu zostanę na noc i jeśli tak to by się przydały jakieś kartony ze śmietnika.
Dystans dzienny 73km

13.06.2008 Piątek
godz. 5:25 – zimno w nocy, duża wilgotność powietrza (niewyspany)
godz. 7:00 – Marina di Melilli – śniadanie: pasztet podlaski 16km od poprzedniego noclegu
godz. 7:58 – cypel Therau – Magnisi
Przechodząc przez małe stado krów cieszyłem się dużym zainteresowaniem tych zwierząt. Dużo trasy OFF-ROAD
godz. 9:24 – Therau Magnisi – dużo wejść i przejść podziemnych jakby jakaś baza obronna (schrony)
godz. 8:40 – zostało 0,5 litra wody – kierunek Augusta. Dużo piachu we włosach, pewnie jeszcze z miejsca 36.40
godz. 10:00 – niepokojące dźwięki metaliczne z okolic piast – raczej tylna. 0,2 litra wody!!! 2km do Augusty
godz. 10:30 – Augusta
Tylne koło w rozsypie – może się rozwalić w każdym czasie, nie miałem smaru i wpuściłem we wianki krem przeciwbólowy ale to i tak nic bo szpila dociskowa jest krzywa. Uzupełnienie wody w warsztacie rowerowym. Teraz czas na deser – Melon
godz. 10:45 – mam ochotę na lody cytrynowo wiśniowe!!! Bo po to tu w końcu jestem!
godz. 11:00 – regulacja tylnego V-Breaka
godz. 13:05  –  Brucol – S.O.S – Urwana szpila tylna, zero jazdy, koło tylne wisi w powietrzu!!!
godz. 14:00 – siedzę pod sklepem w Auguście, gdyby nie Pepe byłbym sztywny. Siedzę pod sklepem motorowerowym i nie wiem czy cos takiego będą mieli, otwarcie o godz 15:00
godz. 14:10 – Pozbawiony zabezpieczeń a jednak nie pozbawiony nadziei. Jest cos pięknego w takiej przygodzie szczególnie w tym momencie gdy czujesz że wisisz w powietrzu.
godz 15:55 – jestem w miejscu gdzie jadłem melona. Między 13:05 a 15:45 wydarzyła się wielka przygoda zakończona zwycięstwem dzięki pomocy innych ludzi których długo nie zapomnę. To była długa historia ale pozostawię ja na opowieści bez przelania na papier bo było tyle w niej emocji aż do tego stopnia że powrót z Sycylii staną pod znakiem zapytania rodząc mnóstwo kolejnych pytań
godz. 16:30 – w drodze na Katanie – dwa koła scentrowane, tylne ociera o ramę, opona jest w stanie wytrzeć aluminium, ubytki ramy już są widoczne.
godz. 16:50 – muszę nadrobić ok. 16km gdyż zaczyna się autostrada z zakazem wjazdu dla rowerów. Odbijam w lewo na Villasmuda
godz. 18:00 Villasmuda – miałem ochotę na lody ale nie było więc pomyślałem jakiś napój ale koniecznie z lodówki, było tylko piwo – więc piwo. Główny plac miasteczka, na środku pomnik Emilio Greco, z tyłu otwarty kościół pewnie zaraz rozpocznie się msza. Obok są tanie arbuzy 0,065Euro/kg. Trochę czuję się narąbany po piwie – całego niewypałem, bo to było 0,66litra. Czas ruszyć dalej…Chętnie bym poszedł na tą mszę ale….
godz. 21:40 – nocleg w motelu, gorąca pizza Napoletana już na łóżku – jest cudnie. Dystans dzienny 107km. To był piękny dzień, chyba najpiękniejszy, chociaż każdy miał swój urok ale ten był extremalny ze względu na awarie Gianta i ludzi których spotkałem obdarowany pomocą.
godz. 0:30 – nie mogę spać, komary mnie poharatały wiec polowanie w odwecie. Otwieram okno by było trochę świeżego powietrza.

14.06.2008 Sobota
godz. 7:00 – pobudka, dojadam resztkę pizzy, pakowanie.
godz. 8:30 – Katania – „uroczyste pożegnanie białej koszuli”

KUDŁATY – POLAND – SICILY – MARZYCIEL – PODRÓŻNIK – IDEALISTA

godz. 8:45 –  to nie jest zwykła koszula, ona ma swoją własną historię, doskonała na ochronę przed słońcem, dziurą ozonową i promieniowaniem kosmicznym a ponadto jest bardzo stylowa. No przecież nie mogę jej tak zostawić – zabieram ją do PL
godz. 9:30 – Katania – duża pinecha w przednie koło – nie wyciągam by nie stracić powietrza, jadę w kierunku lotniska.
godz. 9:45 – lotnisko Katania – dystans dzienny 20km ok. 2 godziny do odprawy.
godz. 11:00 – pakowanie roweru w kartony i przepakowanie bagażu do jednej torby
godz. 18:10 – WARSZAWA ul Staffa

Podziękowania dla Kasi za transfer między lotniskiem w obie strony, Oldze za termos, Pepowi za podrzutkę mnie i roweru pod sklep motorowerowy w Auguście, sklepikarzom za pomoc w montażu koła i innym którzy się przyczynili do sycylijskiej wyprawy…

Podsumowanie:
Pokonany dystans 645 km
Koszty 850zl ( przelot + ubezpieczenie + koszt przelotu roweru)
12 Euro – szpila plus ośka
20 Euro – dla Pepe za podwózkę chociaż nie musiałem
22 Euro – na lody, melona, brzoskwinie, pizza w motelu
30 Euro – Motel – jedna noc
80zł – zakupy przedwyjazdowe